Siedzę zabójczo późną nocą w moim pokoju słuchając Stone Roses i ciesząc się w myślach na koncert Iana Browna w Palladium 16 lutego. Zabawne, to dzień moich tzw. imienin, których nie mam w zwyczaju obchodzić. No ale powiedzmy, że to jednak jest specjalnie dla mnie… Zaraz skończy się styczeń, pierwszy miesiąc nowego roku, kiedy to na stary mogę już z kolei spojrzeć z pewnym dystansem.
Ja sam w 2009
Minął kolejny rok mojego życia. Skończył się pewien etap, zacząłem studia i chyba nie mam ochoty ich rzucać. Chciałbym mieć morze kasy, móc się uczyć jeszcze więcej i studiować wszystko, co się tylko da. Marzyłaby mi się psychologia społeczna, ekonomia, literaturoznawstwo, kultura Turcji, Akademia Teatralna, gospodarka przestrzenna, yyyyy… miliard rzeczy. Naprawdę mógłbym dostać się na dowolne studia spośród tych wszystkich, ale w życiu nie byłbym w stanie w zgodzie z sobą samym tak wykorzystywać finansowo mojej mamy. Nie potrafiłbym zarazem mniej wydawać i żyć inaczej jej nie wykorzystując, a poświęcając się temu wszystkiemu. Dlatego niech spadnie deszcz pieniędzy, niech się ziści, samo się zrobi. Niestety jako zawodowy hazardzista wygrałem w tym roku najwyżej 223 złote. Także droga jeszcze trochę długa, chłopaku!
Ten rok chyba rozwinął mnie intelektualnie. Poszedłem na politologię, którą cały świat przepowiadał mi od lat, ale zacząłem na nią inaczej patrzeć. Przeszedłem ostry światopoglądowy zwrot w lewo, bo na skutek lektury, własnego rozumowania i nawet pewnych doświadczeń, stwierdziłem, że pociągają mnie dane metody analityczne, konkretne nurty w filozofii, że widzę skuteczność innych metod gospodarczych, a mogłem to sobie wszystko połączyć z mimo wszystko zaszczepionym przez rodzinę poczuciem równości, tolerancji, wizji egalitarnego modelu dla właściwego rozwoju ludzkich zbiorowości. Z drugiej strony dużo czytałem myśli temu nurtowi obcych, stałem się regularnym odbiorcą "Tygodnika Powszechnego" i uznaję to świetnie redagowane pismo za jedno z moich ulubionych, czego ślad jest zresztą widoczny w dziale z linkami.
Zasadniczo jestem zadowolony, że nie zrobiłem w okresie tych dwunastu miesięcy niczego, czego musiałbym się bardzo silnie wstydzić. Pewnych rzeczy żałuję, pewnych zazdroszczę, pewne mnie zaskoczyły w sobie samym i moim otoczeniu. Nie mam poczucia, żebym się jakoś zmienił, żeby coś mnie przesadnie zaskoczyło. Była chyba jakiegoś rodzaju ciągłość, chociaż poważne zmiany, które nieodłącznie wiążą się z moim wiekiem, były naturalnie w swojej naturze istotnie głębokimi. Upewniłem się o cechach mojej natury, które przyjmuję już jako oczywistość i nie staram się ich roztrząsać. Głęboko cenię wszystkich, którzy je znają i nie chowają za nie do mnie żadnej urazy. To bardzo miłe i budujące.
Wreszcie… Zacząłem regularnie chadzać na mecze Polonii Warszawa. Odnajduję w tym dużą przyjemność, cieszę się elitarnością naszych trybun i wykazuję gorliwość wiary neofity. Zacząłem to uskuteczniać niedługo przed tym jak spłonął mój ulubiony klub muzyczny, a co zabawne, na trybunach Konwiktorskiej nie słucha się Queen czy topornego disco, ale regularnie puszczane są Franz Ferdinand, The Rapture i The Smiths (sic! sic! sic!).
Kino, muzyka, literatura, w 2009 dla mnie
W tym roku właściwie nie chadzałem do kina, które porzuciłem na rzecz literatury, aczkolwiek duże wrażenie wywarły na mnie Rewers Lankosza i Bękarty Wojny Tarantino. Pierwszy raz czytałem tak dużo poezji, pierwszy raz sam tworzyłem tak wiele, z czego byłbym zadowolony. Napisałem trochę wierszy, które z miesiąca na miesiąc stawały się coraz lepsze i bogatsze. Także krótką powieść, którą z lęku przed opiniami innych, własnymi błędami i innymi abstrakcyjnymi lękami, właściwie bardzo niewielu osobom udostępniłem. Wiem natomiast od nich, jak dużo mnie samego w niej jest. Jak jest tam moja wizja postrzegania świata, ja sam, moje miasto, które kocham całym sercem i głęboko go zawsze bronię przed każdą krzywdzącą opinią, że jest tam to co kocham w świecie, jak kocham, nawet w pewnym sensie kogo, acz też nie do końca. Sam najpierw wałkowałem mnóstwo prozy, by jesienią zwrócić się w stronę liryki. Tuwim przestał być moim ukochanym twórcą, zastąpili go ci, którzy piszą z polotem o pięknych wartościach, w które wierzę. Wszyscy socjaliści, dramatycznie doświadczeni przez swoje losy. Władysław Broniewski, Władimir Majakowski i przede wszystkim genialny turecki poeta Nazim Hikmet. Tak jak zwykle jestem ułomny w dziedzinie malarstwa, chociaż chadzam na wystawy miliard razy częściej niż rówieśnicy, często sam, aby móc obcować ze sztuką w zgodzie z samym sobą.
W muzyce ku mojej uciesze najlepsze okazały się płyty brytyjskie, co potwierdza moją tezę o wyższości wyspiarskiej sceny nad Stanami. Wszystko przebił tegoroczny Kasabian, któremu kroku dotrzymywali Super Furry Animals, The Horrors i Manic Street Preachers, ulubiony album tego roku dla mojego brata, faktycznie fenomenalnie łączący kompletnie popieprzone teksty Richeya Edwardsa z melodyjną, rockową muzyką. Oczywiście moi ukochani Franz Ferdinand, którzy byli świetni także w bardziej obiektywnych niż moja własna opiniach moich przyjaciół. W Stanach mimo wszystko powstały jednak dwa świetne albumy: Dirty Projectors Bitte Orca do którego długo się przekonywałem i Animal Collective Merriweather Post Pavilion, która docierała do mnie jeszcze dłużej, bo przez cały rok. Na naszej ziemi udanie postępowali Hatifnats, Kamp i The Car Is On Fire.
Berlin
Na otwarcie nowego roku, a właściwie w ostatnich dniach poprzedniego pojechaliśmy w grupce świetnych przyjaciół do Berlina, gdzie aktualnie studiują dwie nasze kumpele. Było super, było w pewnych momentach niesamowicie zaskakująco, wiele rzeczy będę cudownie wspominać, no może poza tym, że przerwałem moją trzymiesięczną fazę znakomitej odporności przeciw bakteriom (wielki wyczyn dla tego pomnika zdrowia jakim jestem, na niemieckie bakterie nie ma mocnych!). Z przykrością stwierdzam, że uwielbiam to miasto, gdzie ludzie mówią jak karabiny. Pewnie nie raz tu jeszcze wrócę, znowu będę się ekscytować Nową Galerią Narodową, będę wpieprzać sushi do którego się tutaj przekonałem (wielki niejadek) na Kreuzbergu, cieszyć się swobodą i estetyką tego miasta i wrócę wychłodzonym, zepsutym pociągiem z kupą ukochanych płyt winylowych pod pachą.
Czego oczekuję?
Najbliższy rok, jak mam nadzieję będzie równie dobry, albo i lepszy. Może spadnie na mnie deszcz pieniędzy i pozwoli urzeczywistniać dziesiątki marzeń. Może zakocham się tak stale jak nigdy się nie kochałem. Black Rebel Motorcycle Club i Dirty Projectors nagrają przełomowe płyty w historii muzyki? Prezydentem nie zostanie kolejny liberał ani piłsudczyk (nie jestem fanem Tomasza Nałęcza), stary zacznie płacić alimenty, zdobędę fenomenalną pracę i zostanę wydany przez dobrą duszyczkę. Cholera wie. Wracam do mojej nauki przed sesją, która idzie dobrze, ale jestem dopiero lekko za półmetkiem. Uczę się historii powszechnej z książki faceta, który wygląda jak kaloryfer i jako poznaniak przez całe życie był związany z główną pyrlandzką uczelnią. Ech, w pewnych rzeczach jestem niezmienny!
Marzę o wyjeździe do Stambułu i Erywania. W tym roku zainteresowałem się moim armeńskim pochodzeniem. Nie na zasadzie odkrywania tego, tak jak Żydzi w 1/32 stają się z miejsca gorliwymi judaistami, ekscytują się festiwalami tej kultury, obrzezają dzieci, ach i och są w ogóle. Po prostu zacząłem mnóstwo czytać, o społecznej historii, poezji od Grigora z Nareku po Isahakiana, zachwycać się architekturą katedry w Eczmiadzynie, a później interesować się narodem, który wymordował moich przodków. I Turcja prawdziwa, wielokulturowa, pełna alewitów, humanizmu, a nie świeckiej armii i turystów z Europy, oczarowała mnie. Tam też chcę pojechać i przeżyć to inaczej aniżeli z perspektywy klubów luksusowej, stambulskiej dzielnicy Nisantasi.
Muzyka na dziś: The Stone Roses - Bye Bye Bad Man

Tytuł tego wpisu zaczerpnąłem z poezji Charlesa Bukowskiego, ostatnimi czasy stającego się jednym z moich ukochanych pisarzy i poetów zarazem. Tak w ogóle to zaczyna on być niebezpiecznie częstym tematem moich rozmów, tekstów, słów wszelkich wyrzucanych przez usta, klawiaturę czy długopis (niestety nie pisuję piórem, sorry…). Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę moją monotonię, że uznacie słusznie, że był to kompletnie wyjebisty twórca i można tak o nim nadawać naokrągło. No dobra, ale nie o nim tym razem...
Bukowski machnął wiersz Uwagi o muzyce (zbiór Z obłędu odsiać, Słowo, wers, drogę, Noir Sur Blanc 2005) w którym jako osoba bardzo osłuchana, wręcz meloman, mówił o tym, co ogółem rzecz biorąc wkurwia go w muzyce poważnej. Czy ja mam tak z kinem? No nie wiem. Generalnie uważam je za głupszą siostrę literatury. Sztukę ciekawą, dającą ogromne pole do popisu, ale nawet w swojej najdoskonalszej formie, za dziedzinę bardziej ułomną względem mojej ukochanej prozy. Nie jestem aż tak „naoglądany”, żeby czuć się nie wiadomo jakim erudytą kinematografii. Niemniej ostatnio kilka rzeczy skłoniło mnie do machnięcia notki o kinie właśnie. Przede wszystkim ostatnio byłem po raz trzeci w tym roku w kinie (Rewers jest po prostu rewelacyjny, ale nie czas i miejsce tu na spostrzeżenia na temat jego), a rzadkość wizyt tam bierze się z tego, że odkąd czytam bardzo dużo, to naprawdę w dupie mam co teraz leci na ekranach, chociażby miało być i genialnym dziełem. Później miałem iść znowu (czyli jutro, a zważywszy na godzinę to wręcz dzisiaj), ale nie pójdę, bo uznałem, że nie mam parcia, moje koleżanki uznały, że też i właściwie nie wiadomo co robić w niedzielę po tych świętach (urgh… poprzedni tekst), bo nic się nie dzieje. Ostatnio mieliśmy rozmowę o kinie ze znajomymi w jeszcze innym gronie. To też nieważne. Nieważne, że w koszernej ukazał się właśnie tekst Węglarczyka o amerykańskich serialach, który tamtą dyskusję wywołał…
One teraz są oczywiście bardzo modne. Wszyscy młodzi i inteligentni oglądają teraz tasiemce, fenomenalną karierę zrobił serial House, czyli łzawe Na dobre i na złe z tzw. silnie zarysowaną główną postacią, czyli kawałem skurwysyna o kąśliwym dowcipie, doktorku o podobnym talencie, co Artur Żmijewski w Podkowie Leśnej. Ale jest fajnie, jest modnie, samego Bukowskiego promuje Californication, które czytelnictwo popularyzuje za pomocą dziesiątek dup śmigających po Davidzie Duchovnym w kalifornijskich plenerach. W Lost ludzie ganiają po dżungli, a w Queer as Folk pedały się pedalą. Super! Jestem zachwycony i zgadzam się z tezą Węglarczyka, że nic ciekawego nie dzieje się teraz w amerykańskim kinie, bo to oczywiście samo złe, brzydkie Hollywood, a twórcy realizują się w telewizji i kręcą niezwykle ambitne projekty: czyli serial medyczny, ruchanie, Amerykanie w dżungli, melodramat homoseksualistów, tajni agenci z tajnymi agentkami, prawnicy z prawniczkami i wszystko, co sobie jeszcze wymyślicie. No cóż, pokłońmy się nad działem kulturalnym najlepszego ogólnopolskiego dziennika, gdzie Sankowski pisze taaaak o rocku, a kilka miesięcy temu mieliśmy pochwałę tego, że Hollywood jest coraz bardziej artystowskie, bo te Coeny, Alleny i wszyscy pozostali. Najlepiej czytać dużo książek, a mniej prasy i w ogóle rzadko sięgać po pilota, wyciągać ładne dziewczyny do kina itd.
Tak poza tym to właśnie obejrzałem Frantic. Po raz pierwszy w życiu. Rewelacja, ale to jest zbyt mądre, smutne i ciekawe, żebym tutaj o tym się rozpisywał. Z okazji świąt, kiedy jest się skoszarowanym i nawet jak się ogląda telewizji mało, to jednak ogląda jej się w dalszym ciągu dużo, po ochłapach wigilijnej kolacji obejrzeliśmy z bratem i nawet mamą (dopóki nie zasnęła) rewelacyjny thriller sci-fi. Bodajże najgłupszy film jaki w życiu widziałem! Wczujcie się w ten klimat… 25-sekundowy fragment o cyberseksie z YouTube’a tutaj:
The Lawnmower Man. Po naszemu: Kosiarz umysłów. Wiem, brzmi debilnie, ale Człowiek kosiarka (tłumaczenie dosłowne) jest chyba jeszcze głupsze. Szkoda, że nie zostawili. Wszystko na bazie opowiadania Stephena Kinga, nawet jak na twórczość tego grafomana musiało to być nieziemsko chujowe, ale nie wierzę, że aż tak jak sam film. Ma absolutnie wszystkie atuty. Fabuła jest o niczym, główni bohaterowie to idioci, dosłownie, bo jeden z nich inteligentnieje w ramach superinteligentnego eksperymentu amerykańskiego uczonego, ale jak to bywa w przypadku jankeskich naukowców, efekt prac jest raczej mało widoczny na ekranie. Bohater niemniej, jak to stwierdza występujący tutaj Pierce Brosnan, cierpi na kompleks Chrystusa, który jest pierwszym stadium psychozy. Jest wszystko. Scenariusz tępy nawet jak na filmy tępe, błędy logiczne w nim, schematycznie nakreślone postacie. Walka dobra ze złem, sztywny jak kij od szczotki (jest też pewne inne porównanie) seks, flaki leją się z ekranu, niektórzy bohaterowie pojawiają się tylko po to aby ginąć, jest amerykańsko. Wszyscy walczą o kontrolę nad światem, do czego kluczem jest tajemniczy świat cybernetyczny. No i efekty komputerowe z 1992 roku, królestwo DOS-a i Nortona Commandera, raj nawet dla takich humanistów jak ja, wychowanych w latach 90. Wszyscy mają ubrania o kilka numerów za duże, bo taki wówczas panował szyk. Głupie, że aż cieszy. W Polsacie chyba ktoś musiał sobie robić jaja, że to w ogóle puścili.
Nazajutrz puścili część drugą. Niestety miała już zbyt wysoki budżet, starała się być poważna, ale z klimatu obciachu został jedynie denny scenariusz, sztywni aktorzy (ale już inni, słabsi w swojej beznadziejności) i fascynacja rodzącą się komputeryzacją. Efekty z 1996 są dalej śmieszne, ale już nie aż tak. Także na koniec puszczam Wam dziesięć minut kończące jedynkę „Kosiarki”. Słodkich snów i pamiętajcie, kino obciachowe jest fajne. Bo nie udajecie kogoś inteligentnego, nie zgrywacie się, że oglądacie cokolwiek mądrego, kiedy tak naprawdę jest to tasiemiec traktujący o pani Bożence, która zjadła traktor i trzeba jej przeszczepić wyrostek, chociaż wszyscy myśleli, że to białaczka. Myślę, że ludzie naprawdę inteligentni, kiedy potrzebują się odmóżdżyć w dziedzinie kultury, to nie stosują półśrodków, tylko po prostu napierdalają z pełną parą. Życzę Wam tego, moi drodzy czytelnicy, tak ja odkryłem fascynację hongkońskim kinem sensacyjnym, niemieckimi filami katastroficznymi i wszelkimi takimi gniotami, kiedy napruty jak stodoła, wracając z imprez zanim jeszcze rodzice zaczęli mi pozwalać wracać rano, jedząc o drugiej w nocy coś przypominającego kolację patrzyłem tępo w kineskop telewizora i odpływałem w pulsujący nurt własnych fantazji i przemyśleń...
Muzyka na dziś: Ian Brown – Golden Gaze; F.E.A.R.
Tagi: kino, foto, literatura, kultura, wideo, seriale

Zrób to ze… Świętym Mikołajem! Czuję się dziwnie. Jutro rozpoczynają się te święta całe. Chyba to tylko tacy przebrzydli ateiści jak ja mają w pamięci to, że jutro właśnie jest tak naprawdę dopiero przeddzień tych wszystkich bzdur, albowiem cały piękny, wielokulturowy do usrania świat wie, że trwa to trzy dni… Na szczęście ostatnio prawie nie oglądam telewizji, Internet jest jakiś taki mało pod tym względem nachalny, a metra nie powypełniali choinkami – jakoś zarejestrowałem mało oblężenia. Nie pochodzę z wierzącej rodziny, nie pochodzę z licznej rodziny, a z połową jej członków zupełnie zerwałem nie tyle kontakt, co całą więź. Słyszę często narzekania przyjaciół, że ich to wnerwia, że to wszystko wokół, cały świat tak się kręci do tego grudniowego pierdolnika. Kiedy przeglądam tablicę na fejsbuku moim oczom ukazuje się kilkanaście wpisów od różnych znajomych, którzy kurwią jak jeden mąż (i żona) na wszystko, na to że jedzenie, że pierniczki, że sałatki, że mąka, dżizys do potęgi n-tej, jakie to wszystko straszne i okropne! Mnie to się nie tyczy, w mojej rodzinie zasiądzie nas przy stole w tym roku tylko trójka. Tzn. brat przyjdzie i razem usiądziemy z mamą, która dotrzymuje ochłapów tradycji, bo jak wiadomo wszystko, co chrześcijańskie, jest tradycyjne. Musiałem tylko przekręcić mak przez tradycyjną odwiecznoprababkową, ciężką jak nie wiadomo co prasę. Chyba niezbyt chrześcijańską, bo nie dość, że zachodnia, to jeszcze z rodziny francuskich komunistów… No i usiądziemy, zjemy coś tam we dwóch na zasadzie: bo mama tak chce. Cudownie, mi się nie chce kompletnie, jemu pewnie też. Mam za to w perspektywie boskie, przepełnione ciepłem kaloryferów święta: na zewnątrz piździ i nie chce się wychodzić; znajomi wpieprzają te wszystkie polskie odpowiedniki wurstów z milionami wszelakiej maści krewnych; wszystko będzie przez kilka dni zamknięte, nie ma-nie ma-nie ma dokąd pójść; na przechowanie mamy kota byłej mojego brata, więc ja, jak to ja zawsze, będę się dusił zamknięty w swoim pokoju przed wszystkim, przed całym światem. Przed kurzem, przed kłakami, alergiami, zimną zimą, katolickimi ulicami i nade wszystko, jebanymi pustymi życzeniami, które nigdy się nie spełniają, a dla wszystkich nic istotnego nie znaczą.
Jestem jedynym nieodludkiem-niesamotnikiem jakiego znam, który tak szczerze nienawidzi tzw. świąt. Wesołych świąt. Tak naprawdę to nie Wiśnia jest suką, tylko św. Mikołaj, nieważne czy jest pajacem Frondy czy pajacem neoliberalizmu, to i tak jest suką i chuj mu w dupę. Oboje są tak samo czerwoni, a jednak mi obcy… W takie dni, jak w tym grudniu i następnym, następnym, następnym, czuję się potwornie samotny i społecznie wyobcowany. Ta parszywa dyskryminacja religijności jest dzisiaj trochę tak jakby niewidzialna.
Tym razem nie mam pary na pisanie o literaturze, muzyce i mieście. Sorry, ale nawet Ian Brown w Palladium i Byrymycy w Stodole mnie tak dzisiaj nie jarają. Zresztą pewnie umrę z ekonomicznego wyczerpania miast świątecznego przejedzenia!
Muzyka na dziś: Dirty Projectors – Two Doves
Tagi: foto, zima, święta, życiekurwa
Mój dzisiejszy dzień był zlepkiem nieustających przeskoków z epoki do epoki. Z dzisiaj do poprzedniej dekady. Wszystko zaczęło się od ćwiczxeń z socjologii. Odbywały się w niejakim CIUW. Cóż za uroczy skrót, co oznacza chuj wie co, smakoszów logiki formalnej (cytat innego z innego z moich wykładowców) zapraszam do guglania, całą resztę informuję tylko, że ma to coś wspólnego z informatyką. No więc, a jak wiadomo nie zaczyna się zdania od no więc, jest to naszpikowany wszelaką elektroniką, wyremontowany budynek, gdzie kiedy ćwiczeniowiec przynudza, bez trudu łapię w moim multimedialnym do usrania iPodzie ultrasruszybki Internet bezprzewodowy i śmigam sobie po wszelkich fejsbukach i gmailach w zawrotnym tempie. Moderna technika, wiek XXI. A po tym wszystkim wizyta w słynącym z porządku i nowoczesności BUWie. Umówiliśmy się z kumplami na opracowanie tematu zadanego na historię Polski. Praca semestralna niewdzięczna, prowadzący upierdliwy, źródła trudno dostępne. Napierdalamy tramwajem do Biblioteki Narodowej. Tramwaj typu 13 N. Pierwszy polski model szybkobieżny, lata produkcji: 1959-69.
Tak zaczyna się wycieczka w przeszłość. Może trochę wcześniejszą niż lata sukcesów Nirvany poza moimi głośnikami, Olka K., Marianów: też K. i D. oraz kilku innych bohaterów (pejoratywnych) mojego dorastania. Ale jednak przeszłość. Dojeżdżamy do Biblioteki. Jestem tutaj po raz pierwszy. Wszystko przypomina mi Instytut Kardiologii w Międzylesiu. Luksusowy szpital budowany dla elit za Gierka, przekazany społeczeństwu w ramach kreowania pozytywnego wizerunku komunistycznej władzy, w moim dzieciństwie był stałym punktem z racji ulokowania tutaj jedynego czynnego w okolicy basenu. Śmierdziało tam, jebało tam, to były dla mnie lata 90. Tutaj jest tak samo. Taka sama drewniana boazeria na ścianach, takie same panie. Katalog skomputeryzowany, komputery w systemie Norton Commander. Urocze swą wypukłością piętnastocalowe kineskopy śnieżnie białych monitorów. A nade nade wszystko, wszędzie piękne kobiety. Polska.
Te same kible, zaniedbane i zaciemnione. Brązowe, kwadratowe kafelki. Zajęte kamieniem umywalki z bateriami łazienkowymi, z plastikowymi kurkami, osobnymi do wody i ciepłej i zimnej. Powrót do przeszłości, powrót do dzieciństwa, do wizyt z tatą i bratem na basenie. Do lizaków z gwizdkiem, herbatników, wszędobylskich Społemów i zawsze większych Milkywayów. Janusz Wójcik znowu katuje naszych piłkarzy na treningach przed powracającymi jak bumerang porażkami z kolejnymi generacjami angielskich piłkarzy, Franciszek Smuda, tak jak dzisiaj, szaleje na wszystkich stadionach w kolorowych jak logo farb Beckers dresach. Koledzy słuchają Metalliki, wszyscy gramy Lennoxem Lewisem na Playstation pierwszej generacji, jesteśmy mali. Są lata 90. Ja i moich dwóch kolegów, podkurwieni porażką naukową na całej linii, wsiadamy do tramwaju, takiego samego złomu, pędzimy w stronę centrum. Ja wyskakuję najszybciej, bo chcę jeszcze skoczyć do CSW na wystawę p.t. Schizma. To ostatni czwartek, kiedy jest jeszcze czynna. Ostatnia okazja do zobaczenia za darmo. Wystawa o polskiej sztuce współczesnej z lat 90. prezentowanej głównie w tym właśnie miejscu. Czyli moje dzieciństwo, lizaki, batoniki i gry z kolegami. Cezary Pazura, Gdy nie ma dzieci Kultu i Marek Citko. Mama ma głupie fryzury, wszystkie kobiety się źle ubierają. Polska…
Oglądam prace artystów, którzy wówczas szokowali. Prowokowali, choć dzisiaj stanowią kanon sztuki współczesnej. Althamer, Kozyra, Libera, Żmijewski itd. Artyści, których ja znam jako tych zawsze znanych, wszędzie będących na wszystkich wystawach, na które ja i część tych inteligentnych, albo tych nieinteligentnych przyjaciół, raz na jakiś czas chodzimy. Piramida Zwierząt, Lego w obozie koncentracyjnym, wszystko co znam i pamiętam jako klasykę daną przez poprzedników dla mojego pokolenia. Lata 90. Jest nawet praca poskłada z kaset VHS z amerykańskimi filmami napakowanymi przemocą (VHS Hell) i artystyczne zdjęcie białego telefonu stacjonarnego Panasonic ze słuchawką na grubym kablu autorstwa Mikołaja Długosza. Mieliśmy takie dwa w domu z nieotynkowanych pustaków. Wychodzę i wracam przez plac na Rozdrożu. Nowoczesny, wyremontowany. Wsiadam w autobus – niskopodłogowy. Fotele czerwone, z nadrukiem w kształcie kolumny Zygmunta. Kurwa, pierwszy raz coś takiego widzę. Nawet rozkład przystanków cyfrowy, nazwy kolejnych wymawia automatyczny Tomasz Knapik, a ja patrzę i rozdziawiam usta na widok bankomatu sprzedającego bilety we wnętrzu pojazdu. Odpalam multimedialnego do usrania iPoda i znowu jestem we współczesności.
Jesteście cudowni, na moje zaproszenie był Was tłum.
Muzyka na dziś: britpop
Tagi: muzyka, kultura, sztuka, dzieciństwo
Znowu jest tak samo. Nadszedł listopad, taki sam jak wszystkie inne, identyczny ze swoimi wszystkimi poprzednikami. Znowu jest tak okropnie okropnie okropnie zimno, że tylko marzną palce u stóp, dłonie pierzchną. Cały czas jest mokro, a i tak przenikający wszystko chłód wysusza tylko cerę. Siedzę po północy w słabo, rzec by można: klimatycznie doświetlonym pokoju i tęsknię za latem, takim jak na pięknej okładce pięknej płyty Kings of Convenience, gdzie dwóch chłopców siedzi na sennej latem plaży i pobrzdękuje prześliczne piosenki na akustyku, wpatrując się w leniwie ciepłe popołudnie nad jakimś nieznanym mi oceanem, morzem, cholera wie czym. Tylko śmiać mi się chce, że obaj są Norwegami, pochodzą z jakiegoś Bergen, gdzie chyba nie ma niczego obok mrozu i garstki ludzi obkutych w jakieś kurtki. Nawet nie mam pojęcia jak wygląda lato w Norwegii i czy oni tam mogą do czegokolwiek takiego tęsknić, tak jak ja teraz, ale z pewnością ja sobie kojarzę ten kraj z taka aurą jaka panowała ostatnio na meczu. Zimno jak cholera, myśleliśmy z bratem, że nam stopy ujebie z tego zimna na tym stadionie. Nie mogę publicznie powiedzieć jakim, bo ktoś mi strzeli plombę za pierwszym rogiem, ale muszę powiedzieć, że nawet mi się to podoba. Klub, nie plomba.
Generalnie ten tydzień zapowiada się fajnie. Życie ciągnie się potwornie zwyczajnie, znowu nie wygrałem siedemnastu milionów złotych, bo coś kurwa totalizator poprzestawiał w maszynie, a przecież miałem zwycięstwo w kieszeni. Ojciec w dalszym ciągu wyznaje tradycyjnie polską zasadę chłopaki nie płacą, a ja tak samo spóźniam się na wykłady, czasem się upijam i nie potrafię się ustabilizować w życiu osobistym. A chyba chciałbym znaleźć sobie taką Ipek, choćby mnie miała zdradzać na boku z islamskim radykałem. Pewnie była naprawdę piękną Turczynką. Strasznie mnie pociągają ładne Turczynki, chyba niespecjalnie mam w pamięci to, że jakichś tam moich dalekich krewnych mordowali mi ich chłopcy. Ostatnio miałem jakiś zastój w czytaniu, nie mogłem przez przeszło dwa tygodnie przejść przez ten Śnieg, aż mnie dzisiaj taka kurwica złapała, że połowę odbębniłem za jednym podejściem. Motywujące było to, że odwołano mi zajęcia na jutro, kiedy w środę, tradycyjnie najcięższą, wypada akurat 11 listopada. Najbliższe ćwiczenia mam w takim układzie dopiero w czwartek. Jest więc duży luz, to chyba prezent na urodziny, co je mam za dwa dni, a właściwie to już jutro, bo tak się późno zrobiło w tym moim samotnym zasiedzeniu i zasłuchaniu w tym ciemnym pokoju. I znowu jest listopad i ciągle jest tak samo, jak zwykle kiedy mam mieć swój dzień.
Raz na jakiś czas tylko coś w nas uderza, coś zaskakuje. Parę dni temu spłonęła niemal doszczętnie Jadłodajnia Filozoficzna. Mój ulubiony klub, bo tutaj najdłużej grano taką muzykę jaką lubię, bo to miejsce to arena moich licznych powrotów na przestrzeni ostatnich trzech lat. Wielu wydarzeń w osobistym życiu, paru rozczarowań i chwil radości. Sfera bardziej osobista niż istotna muzycznie, chociaż należy wspomnieć kilka świetnych koncertów i imprez, w końcu to tutaj wprawdzie nie narodziła, ale rozkręciła się muzyka w fajnym wydaniu na ten kraj, bo to stąd poleciały zrzynki na pomysły imprez w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i tych wszystkich innych fajnych i niefajnych miejscach. Jadło podobno ma działać, odbudować się, to i tak cud, że wyłożony słomą od spodu drewniany dach pokryty papą i podparty tak samo drewnianymi słupami nie zajął się jeszcze nigdy od żadnego zwarcia przymocowanych pod nimi kabli czy jakiegokolwiek szluga rzuconego w powietrze na roztańczonym, mocno zachodnio powiedziane, dancefloorze. Spłonęły setki wspomnień i najbardziej legendarny kibel stolicy, więc jest mi cholernie smutno. Co by tam gdyby spłonął tysiąc innych miejsc. Z dymem mogłyby pójść Chłodna, Hydro czy Powiśle, ale one nie wiążą przecież tylu moich wspomnień. Smutno mi nieboże. Przykro mi jak cholera.
Ray Bany płaczą, a kiedy płonęły, ja wybierałem sobie nowe okulary. Całe życie próbowałem dobierać sobie takie, które są najmniej wyraźne, żeby jak najmniej zmieniały mój wygląd. Ale prawda jest taka, ze każde okulary zawsze kurewsko zmieniają wygląd, toteż tym razem poszedłem na całość. Kupiłem wyraziste, czerwone, mocne oprawki i pierwsza rzecz jaką się widzi patrząc w moją twarz, to właśnie one. Zaraz je zdejmę z nosa i pójdę spać, aby jak zwykle śnić o geometrycznych kształtach.
Muzyka na dziś: The Whitest Boy Alive – Intentions
Tagi: muzyka, foto, literatura, jesień, lato, życiekurwa

Miłosna łódka
rozbiła się o byt.
Wszystko już jasne.
Po cóż więc zestawiać
listę
wzajemnych
przykrości i krzywd.
Władimir Majakowski: Na cały głos
tłum. A. Włodek
Muzyka na dzisiaj: Why? - Against Me, Sunset Rubdown - Idiot Heart
Tagi: foto, poezja, futbol