Mój dzisiejszy dzień był zlepkiem nieustających przeskoków z epoki do epoki. Z dzisiaj do poprzedniej dekady. Wszystko zaczęło się od ćwiczxeń z socjologii. Odbywały się w niejakim CIUW. Cóż za uroczy skrót, co oznacza chuj wie co, smakoszów logiki formalnej (cytat innego z innego z moich wykładowców) zapraszam do guglania, całą resztę informuję tylko, że ma to coś wspólnego z informatyką. No więc, a jak wiadomo nie zaczyna się zdania od no więc, jest to naszpikowany wszelaką elektroniką, wyremontowany budynek, gdzie kiedy ćwiczeniowiec przynudza, bez trudu łapię w moim multimedialnym do usrania iPodzie ultrasruszybki Internet bezprzewodowy i śmigam sobie po wszelkich fejsbukach i gmailach w zawrotnym tempie. Moderna technika, wiek XXI. A po tym wszystkim wizyta w słynącym z porządku i nowoczesności BUWie. Umówiliśmy się z kumplami na opracowanie tematu zadanego na historię Polski. Praca semestralna niewdzięczna, prowadzący upierdliwy, źródła trudno dostępne. Napierdalamy tramwajem do Biblioteki Narodowej. Tramwaj typu 13 N. Pierwszy polski model szybkobieżny, lata produkcji: 1959-69.
Tak zaczyna się wycieczka w przeszłość. Może trochę wcześniejszą niż lata sukcesów Nirvany poza moimi głośnikami, Olka K., Marianów: też K. i D. oraz kilku innych bohaterów (pejoratywnych) mojego dorastania. Ale jednak przeszłość. Dojeżdżamy do Biblioteki. Jestem tutaj po raz pierwszy. Wszystko przypomina mi Instytut Kardiologii w Międzylesiu. Luksusowy szpital budowany dla elit za Gierka, przekazany społeczeństwu w ramach kreowania pozytywnego wizerunku komunistycznej władzy, w moim dzieciństwie był stałym punktem z racji ulokowania tutaj jedynego czynnego w okolicy basenu. Śmierdziało tam, jebało tam, to były dla mnie lata 90. Tutaj jest tak samo. Taka sama drewniana boazeria na ścianach, takie same panie. Katalog skomputeryzowany, komputery w systemie Norton Commander. Urocze swą wypukłością piętnastocalowe kineskopy śnieżnie białych monitorów. A nade nade wszystko, wszędzie piękne kobiety. Polska.
Te same kible, zaniedbane i zaciemnione. Brązowe, kwadratowe kafelki. Zajęte kamieniem umywalki z bateriami łazienkowymi, z plastikowymi kurkami, osobnymi do wody i ciepłej i zimnej. Powrót do przeszłości, powrót do dzieciństwa, do wizyt z tatą i bratem na basenie. Do lizaków z gwizdkiem, herbatników, wszędobylskich Społemów i zawsze większych Milkywayów. Janusz Wójcik znowu katuje naszych piłkarzy na treningach przed powracającymi jak bumerang porażkami z kolejnymi generacjami angielskich piłkarzy, Franciszek Smuda, tak jak dzisiaj, szaleje na wszystkich stadionach w kolorowych jak logo farb Beckers dresach. Koledzy słuchają Metalliki, wszyscy gramy Lennoxem Lewisem na Playstation pierwszej generacji, jesteśmy mali. Są lata 90. Ja i moich dwóch kolegów, podkurwieni porażką naukową na całej linii, wsiadamy do tramwaju, takiego samego złomu, pędzimy w stronę centrum. Ja wyskakuję najszybciej, bo chcę jeszcze skoczyć do CSW na wystawę p.t. Schizma. To ostatni czwartek, kiedy jest jeszcze czynna. Ostatnia okazja do zobaczenia za darmo. Wystawa o polskiej sztuce współczesnej z lat 90. prezentowanej głównie w tym właśnie miejscu. Czyli moje dzieciństwo, lizaki, batoniki i gry z kolegami. Cezary Pazura, Gdy nie ma dzieci Kultu i Marek Citko. Mama ma głupie fryzury, wszystkie kobiety się źle ubierają. Polska…
Oglądam prace artystów, którzy wówczas szokowali. Prowokowali, choć dzisiaj stanowią kanon sztuki współczesnej. Althamer, Kozyra, Libera, Żmijewski itd. Artyści, których ja znam jako tych zawsze znanych, wszędzie będących na wszystkich wystawach, na które ja i część tych inteligentnych, albo tych nieinteligentnych przyjaciół, raz na jakiś czas chodzimy. Piramida Zwierząt, Lego w obozie koncentracyjnym, wszystko co znam i pamiętam jako klasykę daną przez poprzedników dla mojego pokolenia. Lata 90. Jest nawet praca poskłada z kaset VHS z amerykańskimi filmami napakowanymi przemocą (VHS Hell) i artystyczne zdjęcie białego telefonu stacjonarnego Panasonic ze słuchawką na grubym kablu autorstwa Mikołaja Długosza. Mieliśmy takie dwa w domu z nieotynkowanych pustaków. Wychodzę i wracam przez plac na Rozdrożu. Nowoczesny, wyremontowany. Wsiadam w autobus – niskopodłogowy. Fotele czerwone, z nadrukiem w kształcie kolumny Zygmunta. Kurwa, pierwszy raz coś takiego widzę. Nawet rozkład przystanków cyfrowy, nazwy kolejnych wymawia automatyczny Tomasz Knapik, a ja patrzę i rozdziawiam usta na widok bankomatu sprzedającego bilety we wnętrzu pojazdu. Odpalam multimedialnego do usrania iPoda i znowu jestem we współczesności.
Jesteście cudowni, na moje zaproszenie był Was tłum.
Muzyka na dziś: britpop
Tagi: muzyka, kultura, sztuka, dzieciństwo
Znowu jest tak samo. Nadszedł listopad, taki sam jak wszystkie inne, identyczny ze swoimi wszystkimi poprzednikami. Znowu jest tak okropnie okropnie okropnie zimno, że tylko marzną palce u stóp, dłonie pierzchną. Cały czas jest mokro, a i tak przenikający wszystko chłód wysusza tylko cerę. Siedzę po północy w słabo, rzec by można: klimatycznie doświetlonym pokoju i tęsknię za latem, takim jak na pięknej okładce pięknej płyty Kings of Convenience, gdzie dwóch chłopców siedzi na sennej latem plaży i pobrzdękuje prześliczne piosenki na akustyku, wpatrując się w leniwie ciepłe popołudnie nad jakimś nieznanym mi oceanem, morzem, cholera wie czym. Tylko śmiać mi się chce, że obaj są Norwegami, pochodzą z jakiegoś Bergen, gdzie chyba nie ma niczego obok mrozu i garstki ludzi obkutych w jakieś kurtki. Nawet nie mam pojęcia jak wygląda lato w Norwegii i czy oni tam mogą do czegokolwiek takiego tęsknić, tak jak ja teraz, ale z pewnością ja sobie kojarzę ten kraj z taka aurą jaka panowała ostatnio na meczu. Zimno jak cholera, myśleliśmy z bratem, że nam stopy ujebie z tego zimna na tym stadionie. Nie mogę publicznie powiedzieć jakim, bo ktoś mi strzeli plombę za pierwszym rogiem, ale muszę powiedzieć, że nawet mi się to podoba. Klub, nie plomba.
Generalnie ten tydzień zapowiada się fajnie. Życie ciągnie się potwornie zwyczajnie, znowu nie wygrałem siedemnastu milionów złotych, bo coś kurwa totalizator poprzestawiał w maszynie, a przecież miałem zwycięstwo w kieszeni. Ojciec w dalszym ciągu wyznaje tradycyjnie polską zasadę chłopaki nie płacą, a ja tak samo spóźniam się na wykłady, czasem się upijam i nie potrafię się ustabilizować w życiu osobistym. A chyba chciałbym znaleźć sobie taką Ipek, choćby mnie miała zdradzać na boku z islamskim radykałem. Pewnie była naprawdę piękną Turczynką. Strasznie mnie pociągają ładne Turczynki, chyba niespecjalnie mam w pamięci to, że jakichś tam moich dalekich krewnych mordowali mi ich chłopcy. Ostatnio miałem jakiś zastój w czytaniu, nie mogłem przez przeszło dwa tygodnie przejść przez ten Śnieg, aż mnie dzisiaj taka kurwica złapała, że połowę odbębniłem za jednym podejściem. Motywujące było to, że odwołano mi zajęcia na jutro, kiedy w środę, tradycyjnie najcięższą, wypada akurat 11 listopada. Najbliższe ćwiczenia mam w takim układzie dopiero w czwartek. Jest więc duży luz, to chyba prezent na urodziny, co je mam za dwa dni, a właściwie to już jutro, bo tak się późno zrobiło w tym moim samotnym zasiedzeniu i zasłuchaniu w tym ciemnym pokoju. I znowu jest listopad i ciągle jest tak samo, jak zwykle kiedy mam mieć swój dzień.
Raz na jakiś czas tylko coś w nas uderza, coś zaskakuje. Parę dni temu spłonęła niemal doszczętnie Jadłodajnia Filozoficzna. Mój ulubiony klub, bo tutaj najdłużej grano taką muzykę jaką lubię, bo to miejsce to arena moich licznych powrotów na przestrzeni ostatnich trzech lat. Wielu wydarzeń w osobistym życiu, paru rozczarowań i chwil radości. Sfera bardziej osobista niż istotna muzycznie, chociaż należy wspomnieć kilka świetnych koncertów i imprez, w końcu to tutaj wprawdzie nie narodziła, ale rozkręciła się muzyka w fajnym wydaniu na ten kraj, bo to stąd poleciały zrzynki na pomysły imprez w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i tych wszystkich innych fajnych i niefajnych miejscach. Jadło podobno ma działać, odbudować się, to i tak cud, że wyłożony słomą od spodu drewniany dach pokryty papą i podparty tak samo drewnianymi słupami nie zajął się jeszcze nigdy od żadnego zwarcia przymocowanych pod nimi kabli czy jakiegokolwiek szluga rzuconego w powietrze na roztańczonym, mocno zachodnio powiedziane, dancefloorze. Spłonęły setki wspomnień i najbardziej legendarny kibel stolicy, więc jest mi cholernie smutno. Co by tam gdyby spłonął tysiąc innych miejsc. Z dymem mogłyby pójść Chłodna, Hydro czy Powiśle, ale one nie wiążą przecież tylu moich wspomnień. Smutno mi nieboże. Przykro mi jak cholera.
Ray Bany płaczą, a kiedy płonęły, ja wybierałem sobie nowe okulary. Całe życie próbowałem dobierać sobie takie, które są najmniej wyraźne, żeby jak najmniej zmieniały mój wygląd. Ale prawda jest taka, ze każde okulary zawsze kurewsko zmieniają wygląd, toteż tym razem poszedłem na całość. Kupiłem wyraziste, czerwone, mocne oprawki i pierwsza rzecz jaką się widzi patrząc w moją twarz, to właśnie one. Zaraz je zdejmę z nosa i pójdę spać, aby jak zwykle śnić o geometrycznych kształtach.
Muzyka na dziś: The Whitest Boy Alive – Intentions
Tagi: muzyka, foto, literatura, jesień, lato, życiekurwa

Miłosna łódka
rozbiła się o byt.
Wszystko już jasne.
Po cóż więc zestawiać
listę
wzajemnych
przykrości i krzywd.
Władimir Majakowski: Na cały głos
tłum. A. Włodek
Muzyka na dzisiaj: Why? - Against Me, Sunset Rubdown - Idiot Heart
Tagi: foto, poezja, futbol
Ach! Jak dawno ja tutaj niczego nie napisałem. Nawet plik Blog zniknął z listy ostatnio otwieranych dokumentów w Wordzie. Minęło trochę czasu, zmieniło się parę rzeczy, przyszła nowa pora roku. Właśnie startuje jesień. Chyba najbrzydszy okres w kalendarzu. Bo zimny, bo ciemny, smutny i nie rozjaśniony choćby nawet tym nędznie marnym śniegiem. To białe gówno, właściwie go nie znoszę, spadło jednak już w połowie października. Miasto całe zmokło, teoretycznie równe jak stół chodniki Nowego Światu przypominały zmokniętą gąbkę. Już mi pierzchną dłonie, już mnie łapie taki wkurw, już jest źle źle źle! Ponieważ ostatnio w moje łapy nareszcie wpadł Bukowski, to wszystko co napisałem, powiedziałem i pomyślałem w ciągu ostatnich dni, składa się w jednej czwartej z przekleństw, ukułem sobie zresztą nowe hasło motywacyjne do codziennej walki, robiące zawrotną karierę wśród przyjaciół, jak niektóre z moich powiedzonek. I chyba tylko ono pozwala przeżyć ćwiczenia z najnowszej historii politycznej Polski i jesiennie wyjebaną słotę… BĄDŹ HARDKOREM: NAPIERDALAJ!
Rzuciłem pracę. To znaczy: wycofałem się na z góry upatrzoną pozycję. To lato wcale nie pozwoliło mi się specjalnie odkuć finansowo. Pensja wcale nie była tak wysoka, szefowa wredna, a frustracje zawsze kosztują, także w realnym ekonomicznie wymiarze. Do tego wszystkiego nie potrafię oszczędzać. Znam bardziej rozrzutnych, ale skąpstwa nie cierpię. Chciałbym, ale nie potrafię i żyję chwilą. Zaczęły się też studia. Jest milej niż się spodziewałem, ludzie na roku nie pragną być za wszelką cenę nastoletnimi posłami. Wiele osób jest z przypadku, może i dobrze. To haust świeżego powietrza po jebanym liceum… a liceum, na myśl o tym sam spadam z krzesła i wiję się brechtając po podłodze, domaga się od mojej mamy zdjęcia w formacie 10x10, jako wybitnego absolwenta. No cóż, chyba sobie dziewczyny (chłopaków to tam mało) jeszcze trochę poczekają.
W tej chwili nigdzie nie zarobkuję. Jeszcze mam kasę za ostatni miesiąc w księgarni, nawet nie przeczytałem jeszcze wszystkich książek kupionych ze zniżką – świetna sprawa! – a staram się dalej czytać możliwie dużo. Latam sobie w kółko po Trakcie Królewskim, bo przy problemach lokalowych mojego wydziału zajęcia mam w ośmiu budynkach. Najczęściej spotykam się z przyjaciółkami, raz na jakiś czas piję wódkę z różnymi efektami. O zgrozo, ostatnio sporo też popalałem. Rzuciłem kurewstwo, bo już mnie to zaczynało martwić, od sześciu dni nie przytknąłem czegoś takiego do ust. Czekam niecierpliwie na Grizzly Bear i Air, Max Tundra był fajny. Dwie dziewczyny jakie teraz mi się podobają, mają imię na tę samą literę i urodziny tego samego dnia. Nie znają się. Śmiesznie.
Pływam w bajzlu własnych fantazji i przemyśleń. Mam wielką fazę na Majakowskiego, prawie skończyłem Litella, sam ciągle piszę, ostatnio machnąłem nawet kilka udanych wierszy. No i podsumowując to wszystko… NAPIERDALAM!

Z mieszkaniem moim, czyli tak naprawdę nie moim wcale, sąsiaduje kawalerka odnajmowana różnym osobom. Przeważnie młodym. Lokatorzy często się zmieniają i ich kolejnych sylwetek często nawet nie zauważam. Dzisiaj poznałem trzy dziewczyny, które wracały ze mną aż z ronda Babka aka rondo Radosława aka Arkadia. Tzn. one stamtąd wracały, bo ja to jechałem z obolałym, stłuczonym piszczelem z Bitwy Warszawskiej via Dworzec Centralny. Ja zmechrany, one świeże i centrowo handlowe. Prawdziwe dziunie… mrrrau po prostu. Jestem hetero jak cały beton Jednostki Marsylskiej i po prostu tylko brać, aby rwać. Ja pierdolę.
Trzy tygodnie temu, a nawet i więcej już na tę chwilę, pisałem, że lubię sobie publikować tutaj w momentach przełomu. Dzisiaj nawet nie wiem co mogłoby takowym przełomem się stać. Od tego czasu pracuję, moje życie składa się z powtarzających się, trudno przesuwalnych klocków. Właściwie to zapierdalam pięć-sześć dni w tygodniu, trochę czytam (Jasieński, Witkowski, Plath, Klein), choć tak właściwie to nie mam kiedy, trochę jem, choć nieregularnie i niekulturalnie, no i wreszcie, balansuję, upijam się. Kiedy miałem więcej wolności, swobody i wszystko było w ogóle jakieś kurwa inne, to imprezowanie nie było aż tak atrakcyjną formą spędzania czasu. To była oczywistość, to był przysługujący mi element. Teraz wpadam w tryby rosnącej z dnia na dzień odpowiedzialności i taka beztroska, debilna odskocznia, jest czymś absolutnie cudownym. To nagle zyskało jakąś większą wartość. No i niestety. Nie za bardzo pamiętam ostatniego, sobotniego wieczoru, kiedy to musiałem coś sobie zrobić z nóżką. Nóżki mnie generalnie bolą, bo praca w księgarni składa się z dwóch czynności: administrowania i chodzenia. Nóżki bolą, nóżki bolą, a teraz sobie jeszcze prawą dosyć mocno stłukłem. Dzisiaj poszedłem do Medicoveru, do którego przez te wszystkie strajki też się już oczywiście nie da nijak zapisać, trafiłem na dyżur ortopedyczny na Bitwy Warszawskiej. Półtorej godziny stania w kolejce na może pięciominutową wizytę. A potem powrót i te dziunie. Łomatko, łojezusmaria!
Muszę przystopować. Nie chcę być taki jak tata. Bo tata to sratatata, chuj-fiut-penis-mienszewik, co alimentów nie płaci, wódkę pije i w ogóle brzydko się prowadzi. Ja chcę być intelektualistą i co najmniej napisać pracę magisterską, chcę być pisarzem pięknym jak nogi Jane Birkin, chcę być w ogóle kozacki, jak wszystko, co kozackim być może! Balanguję w wakacje, imprezuję do Orange Festivalu, a później to muszę się trochę ogarnąć. I jakąś pracę od października, bo nie wydolę pogodzić księgarni ze studiami. Na razie odpływam sobie jeszcze w żelowy kompres i jakieś poronione akcje, popijawy z jednymi przyjaciółkami nad Wisłą, z drugimi przyjaciółkami nad Wisłą i wózkiem, który ukradliśmy (luzem stał!) z Carrefour Express i go zaniosłem nad Wisłę. Zaniosłem! Trzymałem najebany w rękach, bo uznałem że hałasuje, a nie chciałem, żeby ktokolwiek nas usłyszał-zobaczył. A jutro do pracy. Jutro znowu słodko. Słodkie administrowanie, słodki gorący okres wyprawek szkolnych, słodkie zamówienia przez telefon. Ukryte ludobójstwo na Kresach Wschodnich księdza Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego oraz Małych odkrywców: podwodny świat, proszę. Ta anegdota jest autentykiem.
I na koniec aforyzm skradziony mamie: Prawdziwi mężczyźni nie jedzą miodu. Prawdziwi mężczyźni żują pszczoły.
Muzyka na dziś: zaniedbana pani w bluzie Iron Maiden prosi o podręczniki wydawnictwa Nowa Era do drugiej klasy podstawówki
Uwierzyłem w przeznaczenie! O godzinie 1:40 w mojej lodówce spoczywało piwo Corona. Sięgnąłem po mój ukochany scyzoryk, którym w wieku lat dziesięciu budowałem szałasy, aby dzisiaj konsumować nim piwa. Nigdy nie byłem takim prawdziwym facetem, który otworzy piwo zapalniczką, o kant czegoś tam, o zęby. Zawsze robię to otwieraczem. A przeznaczenie istnieje! W 65 lat po Powstaniu normalnie, a dalej żyje!
Lubię sobie wyznaczać jakieś przełomowe momenty na pisanie kolejnych wpisów na blogu. Z jednej strony po prostu jest wtedy o czym pisać, z drugiej nie muszę tego wtedy czynić zbyt często, a patrząc na to z jeszcze innej mańki, motywuje mnie to do pisania w tychże istotnych chwilach. Toteż wznoszę w tym momencie w geście zdrowia moją maluteńką butelkę ze złocistym płynem, aby uczcić skończenie pisania powieści-hołdu dla pięknego uczucia miłości i mojego najpiękniejszego miasta na świecie. Wznoszę raz jeszcze, bo dzisiaj dostałem pracę. W dodatku mniej więcej taką, jakiej oczekiwałem. Ach, jak mnie cieszy upragniona niezależność ekonomiczna, w mieście gdzie wszystko jest takie drogie, a ludzie są tak piękni. Do tego poznałem pierwszych z roku. Jest całkiem zabawnie. Całe garście czytelników Frondy, entuzjaści palenia flag Unii Europejskiej, zastępy homofobów i ładnych dziewczyn bez pomysłu na siebie. Na to wszystko jeszcze koledzy, którzy najpierw pytają się mnie co ja mam kurwa z tym Legierskim, aby zaraz potem przybijać ze mną zdrowie.
Dzisiaj to jeszcze wróciłem do czytania po dwóch tygodniach zastoju na tym polu. Sam popadłem w twórczy szał literacki, więc narzuciłem sobie ostry rygor. Znalazłem robotę, przeczytałem Stambuł Pamuka i wypożyczyłem od wiecznych jak rewolucja pań w osiedlowej bibliotece Palę Paryż Jasieńskiego. Do tego ostatnio opieprzałem się w knajpach, jadłem mało warzyw i owoców, a także opierdalałem się w sporcie. Tego dnia jednak narzuciłem sobie nieludzkie tempo na rowerze, nawpierdalałem się kilogramów zakupionych na ulicznych straganach i dopiero po zdrowym dniu, jedno piwko sobie na słodkie spanie odpaliłem.
Byłoby w ogóle pięknie, gdybym się jeszcze z nikim nie pokłócił. Właściwie to kłócę się tylko z bratem i matką. Dzisiaj z tym pierwszym. O absurdalną sprawę, w dodatku jak jestem święcie przekonany, z jego wzburzonej winy. To oczywiście krótkotrwały, głupawy konflikcik, który odpłynie w niepamięć pewnie w ciągu tej nocy, ale to jest szalenie frustrujące, że ludzie tak sobie bliscy, podkładają pod siebie takie pierdoły. Niespokojni ludzie powinni mieć spokój. My wszyscy tymczasem jesteśmy genetycznie popierdoleni, a jeździmy po sobie jak czołgi. Jak byśmy byli na planie Full Metal Jacket, który właśnie poleciał na kanale semickim. Dlatego zanurzę się już w Blur, pójdę spać i znowu będę śnił, moimi tradycyjnymi snami, w których zamiast ludzi i zdarzeń są piękne, kolorowe figury, geometryczne, a na końcu jest najpiękniejsze z uczuć, miłość. Tylko ja, sierpień trwający już półtorej godziny i kilka komarów. Będziemy sobie smacznie razem spać, ale jeszcze wcześniej wypijemy zdrowie za Was wszystkich.
Skoro nie żrę się z czytelnikiem pisma Fronda, a z moją naprawdę najbliższą mi rodziną, to w jakiej rzeczywistości my żyjemy? W chujowej rzeczywistości!
Muzyka na dziś: Blur – He Thought of Cars, Florence + the Machine – Dog Days Are Over
Tagi: literatura, studia, lato, życiekurwa